Aneta Kapelusz

 

 

Skierniewickie akuszerki ze Szkoły Babienia.

 

 

Dzisiaj, gdy kobiety rodzą dzieci w szpitalach, pomagają im położne. Na taką pomoc mogły liczyć od wieków. Kiedyś jednak położna – akuszerka miała dodatkowo znaczenie „urzędowe”. Jeśli przejrzymy akty chrztu sprzed stu-dwustu lat, zobaczymy, że akuszerka była osobą, która zgłaszała noworodka do urzędu, gdy: było to dziecko nieślubne, ojciec był w wojsku, matka nagle została wdową, ojciec był obłożnie chory. W zwyczajnych przypadkach to ojciec z sąsiadem lub kuzynem zgłaszali narodzenie dziecka. Akuszerki nosiły zawsze ze sobą flakonik z wodą święconą. Mogły ochrzcić dziecko w sytuacji krytycznej i kościół na to zezwalał.

 

Pod koniec XVIII w. były w Skierniewicach dwie zarejestrowane akuszerki, niestety nie znane z nazwiska. Z okolic Skierniewic znana jest akuszerka Zofia Wrona, która w 1808 r. zgłaszała nieślubną córkę służącej we dworze w Wałowicach koło Rawy Maz. W latach 1830-1870 w Skierniewicach było więcej akuszerek. Z dawnych aktów urodzenia dzieci poznajemy nazwiska położnych: Apolonia Zarębina, Konstancja Łazęcka, Marianna Kuklińska, Jadwiga Karkitowa, Marianna Czechowska, Anna Urbańska, Tekla Gotfalska, Marianna Maciaków, Marianna Zielińska, Antonina Konarska i inne. Akuszerka Józefa Olszewska, która w latach 60. XIX wieku przyjmowała na świat małych skierniewiczan była zacną i szanowaną niewiastą ok. 60-letnią, pochodzącą z Jeżowa. Musiało jej się nieźle powodzić, ponieważ wspierała finansowo instytucje charytatywne. W latach 70. XIX w. pracowała w Skierniewicach także Rozalia Otto. Rozalia była żoną Juliana Otto, murarza pochodzącego z Prus, i matką kilkorga dzieci. Typowa akuszerka z XIX wieku tak, jak Rozalia Otto była matką wielu dzieci i kobietą dojrzałą wiekiem. Na pewno miała doświadczenie, ale czy miała medyczne wykształcenie?

 

Pierwszą Szkołę Akuszerek otworzono w Krakowie w 1780 roku, następnie m.in. Warszawie w 1802 roku. Potocznie nazywano ją Szkołą Babienia, od potocznego nazywania akuszerek „babkami”. W Królestwie Polskim w 1859 r., gdy otwierano ponownie szkołę dla położnych, kandydatki do zawodu musiały spełniać następujące warunki  m.in.: moralne prowadzenie i trzeźwość. Jeśli dziewczyny pochodziły ze wsi, kształciły się na koszt państwa i wracały na wieś, aby pomagać innym.

 

Jednak większość akuszerek nie kończyła żadnych szkół. Swoją wiedzą zdobywały od poprzedniczek, matek i babek. Znały się na ziołach, na środkach łagodzących bóle porodowe. Wpływały też psychoterapeutycznie, uspakajająco na swoje pacjentki. Niestety, kobiety umierały często na gorączkę połogową. Zarówno damy, jak i chłopki. Mogły jedynie liczyć na napary uspakajające z melisy i tytoniu lub wódkę z miodem i smalcem na wzmocnienie. Wiele wieków wcześniej na gorączką połogową zmarła m.in. królowa Polski Jadwiga. Taka sytuacja trwała do połowy XX wieku, kiedy wprowadzono antybiotyki. Dziewczęta kształcące się na położne w początkach XX wieku korzystały z podręcznika dr med. Gustawa Vogel’a. Była to książka postępowa, promująca higienę i dezynfekcję przy porodzie. Podobnie w „Podręczniku akuszeryi” M. Runge’go z 1901 r. czytamy: „Lekarz, który rąk swych nie dezynfekuje dostatecznie, jest nie tylko złym lekarzem, ale i złym człowiekiem.” Akuszerki uznawane były za „lepsze pod względem czystości” niż lekarze.

 

Położne, które ukończyły szkołę, po złożeniu egzaminu otrzymywały zaświadczenie, w którym wyszczególnione były zabiegi, jakie wolno im było wykonywać, zastrzeżony był także obowiązek wzywania w razie potrzeby lekarza. „Kodeks kar głównych i poprawczych” z 1847 roku przewidywał kary dla akuszerek, które niewłaściwie wykonywały swój zawód. Czytamy w nim m.in.: „Akuszerka, która, chociaż bez złego zamiaru, przedwczesny poród zarządzi, ulegnie osadzeniu w wieży od trzech do sześciu miesięcy, a nadto gdyby śmierć położnicy lub dziecięcia wynikła, ulegnie, jeśli jest chrześcijańskiego wyznania, pokucie kościelnej według zarządzenia swej duchowej zwierzchności.” W przypadkach, gdy akuszerki same wykonały operację czy zabieg, przy którym powinien być lekarza, otrzymywały karę do 30 rubli lub do trzech miesięcy aresztu.

 

Mimo zawodowego ryzyka, z każdym rokiem coraz więcej kobiet zapisywało się do Szkół Położnych w Polsce. Na przełomie XIX/XX wieku w warszawskiej Szkole Akuszeryjnej kandydatki umiejące tylko czytać i pisać uczyły się na 4-miesięcznycm kursie „szkoły babek wiejskich.” Kandydatki, mające ukończone co najmniej 4 klasy gimnazjum kształciły się przez 2 lata w studium „szkoły akuszerek”.

 

Skierniewicki szpital w 20-leciu międzywojennym zatrudniał profesjonalne, dyplomowane położne, m.in.: Stanisławę Godlewską, Zofię Lipską, Annę Chmurkowską, Janinę Zych-Lewandowską, Kamilę Dziubacką. Poza pracą w szpitalu odbierały też one w nagłych przypadkach porody domowe. Wielu skierniewiczan na pewno pamięta te nazwiska.

 

A tak na marginesie – 8 maja to Międzynarodowy Dzień Położnej.